Czy możemy się czegoś nauczyć z XIX wiecznych metod nauczania języków?

Pewnie domyślacie się, że to jest pytanie retoryczne i odpowiedź brzmi oczywiście że tak! Kiedy wprowadziłam w życie metodę Charlotte Mason najpierw zaczęliśmy wspólnie czytać „żywe książki” i prowadzić kalendarz przyrodnika. Później zanurzyliśmy się w świat sztuki, muzyki, poezji i Szekspira. W końcu postanowiłam sprawdzić jak w tamtych czasach uczono języków obcych. Tak po prawdzie ja mam dość ponury obraz szkoły z tamtych czasów. Surowy nauczyciel – mistrz ceremonii, jego biurko i krzesło na podeście niczym fotel sędziego i zalęknione dzieci siedzące w zupełnej ciszy. Okazuje się jednak, że i w tak odległych czasach byli ludzie, którzy uczyli inaczej niż wszyscy! Tak wpadła mi w ręce książka wydawnictwa Cherrydale Press „Speaking German with Miss Mason and Francois” i powiem Wam, że po przeczytaniu doszłam do wniosku, że ktoś usystematyzował to co wcześniej próbowałam robić z moimi dziećmi w dwujęzyczności zamierzonej. Pewnie ciekawi jesteście co takiego tam odkryłam, wiec do rzeczy.
Metoda Francois Gouin – kim był twórca i na czym ona polega?
Francois Gouin żył w XIX wieku we Francji i przez wiele lat bezskutecznie próbował nauczyć się języka niemieckiego. Próbował metody gramatyczno-tłumaczeniowej, pobierał lekcje, zapamiętywał listy słówek, ale wszystkie jego wysiłki były daremne i podejrzewam że czuł się z tym nie najlepiej. (Mam nadzieje że nie znacie tego uczucia;) W końcu, pewnego dnia poprosił o pomoc w nauce niemieckie dzieci. Ich zadaniem było pokazanie i nazwanie tego co robią. Pierwszą sekwencją, którą poznał było otwieranie i zamykanie drzwi. Ponieważ w ten sposób zapamiętał nowe słowa bez wielkiego wysiłku postanowił stworzyć metodę, w której nauka połączona jest z doświadczeniem i przetestował ja na sobie. I tak powstały sekwencja czasowników opisujące świąt i życie wokół nas. Zaczęły powstawać instrukcje nabierania wody ze studni, rozpalania ogniska oraz tego jak z ziarenka wyrasta roślina. Francois Gougn zaczął patrzyć na świąt w obcym języku, opisywał wszystko co robi i widzi. Dostrzegł, że ciężko jest zapamiętać listy słówek, ale dużo łatwiej uczy się gdy faktycznie wykonujemy lub odgrywamy daną czynność. Brzmi znajomo? Cóż, ta koncepcja ma już ponad 100 lat…
Jak wygląda ta metoda w praktyce?
Naukę w tej metodzie zaczynamy od czasowników podstawowych („king words”), których uczymy się w sekwencjach. Każda lekcja polega na nazwaniu i odegraniu czasowników, które następnie łączymy z rzeczownikami. Spójrzcie na pierwszą sekwencje na zdjęciu z książki. Są to czasowniki Take/Open/ Close. Ja zaczęłam prace z tą sekwencją od otwierania i zamykania książki, później pojawił się portfel, piórnik, plecak. Cała lekcja nie powinna trwać dłużej niż 15-20 min dziennie (lub prawie codziennie) U nas pierwsze lekcje trwały nawet krócej, dopiero z czasem wydłużały się. Jak zabrać się za taka lekcję? Pierwszy punkt to przyniesienie przez uczniów przedmiotu, który chcą. Warto zostawić to zadanie dzieciom, z reguły sprawia to wiele radości. Załóżmy że chcę, aby przyniosły książkę. Pokazuje im moją książkę i proszę o przyniesienie swoich. „please bring a book”. Dzieciaki lecą do pokoi w poszukiwaniu ulubionych książek, a jak już przybiegną ze zdobyczą z reguły chcą się pochwalić wiec poświęcam im nieco uwagi. Moje już trochę potrafią powiedzieć wiec na tym etapie podpytuję o kolor i ilość stron i co mi tam do głowy wpadnie. Następnie proszę ich, aby położyli książki na ziemi i przechodzę do prezentacji Watch me! take the book równocześnie biorę książkę i robię pauzę Czekam, żeby dzieciaki powtórzyły czynność i powiedziały/spróbowały powiedzieć ze mną lub same. Później powtarzam to samo z open i close. Jeżeli czasownik jest niejasny tłumaczymy „na kanapkę” tj. mówimy open/otwierać/open. Generalnie na pierwszą lekcję tyle wystarczy. Następnego dnia powtarzamy i powolutku dokładamy nowe elementy: wyjmujemy coś ze środka i wkładamy, dokładamy kolory i sami szukamy nowych miejsc do otwierania i zamykania jak plecaki, gry, pudełka z zabawkami. U nas najbardziej sprawdziła się lodówka.

Metoda sekwencyjna Gouina a dwujęzyczność u nas w domu
W naszym domu to podejście sprawiło, że nasza nauka angielskiego przerodziła się w spontaniczne mikro lekcje w ciągu dnia. Pisałam już wcześniej o dwujęzyczności, która bardzo odmieniła moje myślenie nt. nauczania angielskiego. Zachęcam Was do przeczytania i ściągnięcia materiałów do nauki (sekwencje jak nakarmić kota, zrobić pranie, umyć żeby) Zainspirowana tą metodą zaczęłam tworzyć własne sekwencje i opisy rzeczywistości. Doszłam jednak do momentu, w którym znajomość polskiego moich dzieci była dużo wyższa niż języka obcego co prowadziło do wyrażania wszystkiego po polsku, a zbyt skomplikowane opisy, które chciałam wprowadzić zniechęcały ich. Uproszczenie rzeczywistości do podstawowych czasowników i dobudowywanie kolejnych elementów dopasowanych do naszej codzienności w metodzie Gouina zdało u nas egzamin. Doprowadziło do tego że dzieci zaczęły bawić się tym językiem, tworzyć swoje prościutkie zdania. Do naszych lekcji dorzucam czasami piosenki, rymowanki, książeczki które znam i wiem ze pomogą w zapamiętaniu. Myślę że później można tez przejść do zapisywania słów i czytania.
Książki tej nie ma w języku polskim. Ja kupiłam wersje angielsko-niemiecką w ebooku. Nie odpowiem Wam na pytanie czy warto. Dla mnie na pewno tak, ponieważ widzę, że takie podejście działa i pozwala łączyć doświadczenie z nauką na każdym etapie znajomości języka obcego. Dużo sekwencji można wymyślić samemu i dopasować je do własnych potrzeb. Być może uznacie, że w książce są sekwencje, które uznacie za niepotrzebne… Cóż jeżeli wiecie kim była Charlotte Mason to jest duża szansa ze zakochacie się w tej książce tak jak ja. Dajcie znać co sadzicie o tej metodzie!
